Święty seks

Siedzę na otwartym polu. Dookoła mnie trawy, łąki i pastwiska. Przede mną mała rzeczka przecina krajobraz. Słońce ogrzewa krainę i dostarcza życiodajnego ciepła oraz energii.

Obserwuję życie dookoła. Życie nieustannie będące w ruchu. Życie piękne, nie znające zastoju. Wzbudza życie wszystkie istoty do twórczej kreacji.

Dwa motyle tańczą swój taniec godowy przy samotnym krzaku.

Ważki dwie złączyły się nad wodą.

Na pastwisku byk wszedł na krowę, złączeni zostali potężną siłą.

Dalej owca z baranem zostali owładnięci najpotężniejszą energią Wszechświata.

Obok mnie pszczoły zapylają kwiaty, zbierając jednocześnie nektar. Czyż nie jest to piękny akt seksualny przyrody?

Wszędzie życie wzywa do seksu! „Nie odpoczywaj! – mówi. – Twórz nowe życie! Dołącz do dzieła kreacji!”

Widzę w oddali zbliżającą się dziewczynę. Ubrana w luźną, białą sukienkę zbliża się do rzeczki. I ją życie musiało przynieść w to miejsce pod pozorem kąpieli.

I ona mnie dostrzegła. Mrugnęła okiem i zdjęła sukienkę. Naga zanurzyła się w wodzie, wypłynęła po chwili i spojrzała zalotnie.

O, seksie! Jakże ty potężną siłą jesteś! Jakże nieokiełznaną! Dla zwierząt tyś tylko siłą płodną, człowiekowi zaś dodatkowo mnóstwo przyjemności dajesz! Czym ten zaszczyt zawdzięczamy?

Seksie! Owocem jesteś pożądania! Bez ciebie żadne życie począć się nie może!

Seksie! Ty początkiem nowego życia zawsze jesteś! Tyś mostem jest pomiędzy dwoma ciałami! Ty łączysz dwie energie – męską i żeńską, by nowe życie wykreowały!

Seksie! Jesteś mostem między pożądaniem a miłością! Ty transformujesz pożądanie w miłość, by każde życie mogło się z tą najwyższą boginią zjednoczyć!

Seksie! Ty jesteś mostem, który prowadzi do nadświadomości!

Jakże więc to się stało, że potępiony zostałeś? Jak to się stało, że zrzucono cię z boskiego ołtarza i tak potwornie cię splugawiono? Któż tego dokonał? Cóż to był za barbarzyńca?

Czyżby twa siła tak bardzo przeraziła ludzkość? Czyżby energia łącząca yin z yang taki strach w sercach słabych i marnych zrodziła?

Kajdany zakazów więc na ciebie nałożyli myśląc, że okiełznać cię mogą! A wraz z tobą związali pożądanie i miłość! I szeregiem praw krzywdzących cię skrępowali!

Lecz jakie owoce zebrali?

Wyrosły owoce zatrute perwersją! Acz oni władzę dzięki temu na ludźmi zyskali! Czymże jednak jest władza, jeżeli życie już śmierć, siostrę swą nieodstępującą go ani o krok, już po władców wysyła?

Seksie! Dziś trzeba uwolnić cię z kajdanów! Zerwać trzeba twe łańcuchy! Zerwać je trzeba również z pożądania i miłości!

Wróć ,seksie, na swój boski ołtarz! Zasiądź na swym boskim tronie, którym jest most! Otwórz bramy swej świątyni! Wpuść boga i boginię!

Niechaj bóg i bogini przywrócą pożądanie, seks i miłość do jednej świątyni! Niechaj jedno wypływa z drugiego, wznosząc duchowość człowieka na stopień najwyższy!

Seksie! Niechaj zatrzęsą się w posadach świątynie wrogów twoich! Niechaj rozpadną się w pył wraz z ich twórcami!

Prowadź pożądanie do seksu! Seksie – prowadź do miłości! Do miłości, która jest najwyższą boginią!

 

 

 

Żebracy

Idę ulicą, spokojnie, obserwuję ludzi. Podchodzi do mnie człowiek w łachmanach. Prosi o kilka groszy na piwo. Daję mu je, bo uczciwie prosi.

Kawałek dalej w parku chłopak na kolanach, z kwiatami, żebrze o miłość dziewczynę.

Idę dalej. Z reklam sklepy, producenci i usługodawcy żebrzą o zainteresowanie się klienta ich biznesami.

Idę dalej. Na placu polityk żebrze o głosy wyborców, obiecując coraz to wspanialsze pomysły.

Idę.

Przed kościołem ksiądz żebrze o zainteresowanie się jego jedyną objawioną wiarą, strasząc piekłem, jeśli odmówię zainteresowania. Kawałek dalej to samo robi imam, a do drzwi czyjego domu już pukają Świadkowie Jehowy…

Przyspieszam kroku.

Na mijającym mnie autobusie ogłasza się agencja pracy. Żebrze o nowych pracowników. Inni pracodawcy żebrzą o nich w gazetach i internecie.

Mijam małe okienko. Stojąca za szybą prostytutka kusząco porusza swoimi majtkami i mruga zachęcająco powiekami.

Wychodzę od niej bardziej zadowolony niż po wizycie w kościele czy na wiecu politycznym. Jej świątynka jest najlepszym kościołem.

Przechodząc tunelem znani piosenkarze i DJ-e żebrzą z plakatów o moją obecność na koncercie. Ostatecznie trochę rozrywki nie zaszkodzi.

Na koncercie chłopacy żebrzą o uwagę dziewczyn zakładając maski macho i rozrywkowych clownów. Dziewczyny odpowiadają udając niedostępne. Maski, maski, wszędzie pełno żebraczych masek. Na koniec najwytrwalsze i najtrzeźwiejsze maski żebrzą o jeszcze jedną piosenkę.

Wracam do domu. Wchodzę na internet. Znów politycy żebrzą o głosy wyborców, dziennikarze o uwagę, królowie i cesarze o poparcie narodu, ludzie o lajki na Facebooku, biznesmeni o nowe biznesy, biedni o trochę więcej bogactw, bogaci o jeszcze większe bogactwa.

W pracy pracownicy żebrzą o podwyżki i lepsze warunki pracy, kierownicy o szacunek i autorytet, karierowicze o lepsze stanowiska, leniwcy o to, by ktoś wykonał za nich pracę, plotkarze o jak najwięcej szczegółów z afer i życia intymnego kolegów…

I nagle uświadamia sobie, że pisząc te słowa także żebrakiem jestem. Tak samo jak oni dołączam nieświadomie do grona wszechobecnych żebraków. Żebrzę o uwagę, o miłość, o wszystko…

Gdzie więc szukać prawdziwego bogacza? Gdzie szukać prawdziwego bogactwa, które zaspokoi wszystkie pragnienia? Czy pragnienia można zaspokoić? Czy można żyć bez żebractwa?

Chroniąc swą pierwotną istotę

Ledwo się urodziłem, ledwo z łona matki wyszedłem, ledwo świat cudowny ukazać mógł się moim oczom…

Byłem wtedy taki czysty, niezapisany, niewinny, złem ani dobrem nieskalany. Byłem taki niewiedzący, nieoceniający, ciekawy wszystkiego!

Ledwo łono matki opuściłem, a świat rzucił się na mnie, niczym wygłodniały wilk.

Chrzest… I już niewinność straciłem. Dobrem i złem obciążony zostałem; buntem pierwszych ludzi, którzy poznania, wiedzy zapragnęli; śmierć jakiegoś Żyda dwa tysiące lat temu dopisano mi do życiorysu. Dobrze, że obrzezania w tej religii nie praktykują…

Nie człowiekiem, lecz potężnej instytucji religijnej trybikiem zostałem. Wiarę mi narzucono… Wiarę, którą rodzicom moim ich rodzice narzucili, a dziadkom narzucili pradziadkowie, a pradziadkom pradziadkowie… Zaprawdę wiara to musi być prawdziwa!

Lecz oto konflikt pojawił się na horyzoncie. Konflikt odwieczny. Ojciec bowiem z rodzinnej wiary tradycji się wyłamał i głosicielem drugiej strony medalu został.

Wiara i niewiara w śmiertelnym starły się boju! Spokój domowego ogniska zakłócony został! A ja między nimi taki mały, niewinny w swej winie i winny w swej niewinności…

Ponieważ pierwotne me oczy absurd tego konfliktu dostrzegły! Bezmyślność i głupotę jego widziały oczy me.

Zbyt mały jednak byłem, zbyt niedojrzały, by między dorosłych wkroczyć i oczy im otworzyć. Wszak dzieckiem byłem, lecz to dorośli zachowywali się niedojrzale jak dzieci…

Zdezorientowana mała duszyczka zamknęła się więc na te społeczne absurdy. Kokonem niewidzialnym serce swe owinęła podświadomie. Kokonem niedojrzałego buntu zamknęła się na szaleństwo społeczeństwa.

Hartował i udoskonalał się ten pancerz w bojach nieustannych. Dom rodzinny, podwórko, przedszkole, szkoła stały się polami bitewnymi o przetrwanie tego niewinnego nasionka, które matka natura stworzyła przy pomocy rodziców.

Miała dusza swe Termopile, Stalingrady, Warszawy, Troje… Lecz niczym Scrat żołędzia nieustannie ratowała swe pierwotne nasionko z różnych niebezpieczeństw! Niczym fregata na rozszalałym oceanie odpierała fale społecznej głupoty i szaleństwa!

Ileż nerwów, ileż czasu, ileż potu i krwi, ileż słów, ileż ciszy, ile gniewu i nienawiści kosztowały ją te wojny!

Pancerz okazał się skuteczny. Twardy, a delikatny zarazem. Pękał wiele razy, lecz spawał swe blizny nieustannie.

Nasionko przetrwało wszystkie burze. Gotowe jest, by wzrastać. Gotowej by się rozwijać.

Niepowtarzalne! Unikatowe!

Przybądź bogini! Przybądź bogini ogrodniczko! Udepcz glebę! Podlej miłością z konewki niewyczerpanej!

Niechaj nasionko wzrasta! Niechaj się rozwija! Niechaj transformuje się w prawdziwą swą istotę! Pierwotną, niewinną istotę zjednoczoną z prawdziwą, niewinną naturą Wszechświata!

Szukając człowieka

Wyjechałem z kraju mojego.

Pielgrzymkę świętą zacząłem.

Cel jej wydawał mi się jasny.

A jednak z lękiem błądziłem.

Błądziłem, „boga” szukając.

Lecz jak można znaleźć kogoś, kogo nie ma?

Błądziłem, pozycji lepszej szukając.

Lecz pozycja złudzeniem jest największym.

Ludzie otaczają mnie wszędzie.

Może więc poszukałbym człowieka?

Zagłębiam się więc w tłum i szukam.

Szukam, obserwuję.

I widzę ludzi różnych kultur, narodowości, zawodów, ras…

Widzę Polaków, Holendrów, Anglików, Surinamczyków, Greków…

Widzę katolików, protestantów, judaistów, muzułmanów, ateistów…

Widzę kierowników, biznesmenów, lekarzy, rybaków, robotników…

Widzę liberałów, prawicowców, lewicowców, nihilistów uśpionych…

Widzę Białych, Murzynów, Azjatów…

Nie widzę jednak nikogo kto identyfikowałby się po prostu jako człowiek…

Gdzie więc jest człowiek?

Gdzie jest człowiek zwyczajny?

Gdzie jest człowiek prosty?

A może błądzę znowu?

Może w tłumach człowiek nie występuje?

Może w tłumach człowiek nie jest człowiekiem?

Może w tłumach człowiek nie potrafi sam się odnaleźć?

Może gdzie indziej szukać muszę?

Szukam na zewnątrz, a nie myślę, by zajrzeć wewnątrz!

Może wewnątrz siebie muszę najpierw poszukać człowieka?

A może go tam jeszcze nie ma?

Może muszę dopiero się transformować wewnętrznie, by człowieka w sobie odnaleźć?

Śmierć i narodziny

Niechaj umrze!

Niechaj umrze człowiek stary!

Człowiek skonfliktowany! Człowiek rywalizujący! Człowiek dominujący nad drugim człowiekiem! Obciążony grzechami zapisanymi w starożytnych księgach!

Śmierć głoszę człowieka chciwego i okrutnego! Człowieka biednego, wiecznie większych bogactw pragnącego! Człowieka nienawidzącego, zabijającego! Człowieka dziecinnego, wiecznie uwagi świata pragnącego!

Niechaj śmierć jego będzie naturalna! Powolna, jeśli trzeba! Niechaj jego śmierć będzie transformacją! Transformacją w człowieka dojrzałego, prawdziwego!

Niechaj umrze człowiek stary we mnie! Niecha zrobi miejsce, by mógł narodzić się człowiek prawdziwy!

Człowiek niepodzielony wewnętrznie i zewnętrznie! Człowiek pogodny, radosny! Tańczący i śpiewający! Śmiejący się i kochający!

Narodziny głoszę człowieka prawdziwego! Naturalnego! Dojrzałego! Nieskażonego religiami i ideologiami! Nieskażonego narodowościami i przynależnościami etnicznymi! Człowieka niewinnego! Nieobarczonego grzechami człowieka starego!

Narodź się, prawdziwy człowieku! Narodź się we mnie! I idź, niewinny! Idź, od nowa poznawaj świat! Niechaj twoja niewinność przywróci człowieka z powrotem na łono Wszechświata!

Wojna płci

Odwieczna to wojna. Początków jej nie pamięta już nikt, ginie w pomrokach dziejów. Toczy się nieustannie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że bierzesz w niej udział.

Nieświadomie każdy z nas jej ulega. Już od dzieciństwa jest nam ona narzucana.

Nowy jej etap współcześnie obserwować możemy. Część uciśniona głowę podnosi. Rewolucję jej radykalna część próbuje szykować. Dominująca jej część również aktywnie próbuje się bronić.

Do czego to zmierza? Cóż chce osiągnąć ta nowa rewolucja? Czyż nie zdaje sobie sprawy, jak kończyły się wszystkie rewolucje?

Kobieto! Mężczyzno! Zatrzymajcie się! Wstrzymajcie swoje ręce i umysły! Wstrzymajcie swój gniew!

Spójrzcie na siebie!

Czyż nie jesteście przedstawicielami tego samego gatunku? Czyż nie potraficie dostrzec, że pomimo różnic fizycznych i psychicznych stworzeni jesteście, by być jednością?

Kobieto! Mężczyzno! Naprawdę nie jesteście w stanie dostrzec, że jesteście wzajemnym dla siebie dopełnieniem?

Kobieto! Mężczyzno! Bogini i Boże!

O co walczycie między sobą? Co chcecie osiągnąć tą walką? Po co jest ta wrogość między wami? Kto ją zapoczątkował? Jakie są jej początki i jakie przyczyny? Czy potraficie uzasadnić sens toczenia tej wojny? Czyż nie widzicie jak dziecinna i niedojrzała jest walka między wami?

Mężczyzno!

Spójrz na kobietę! Dostrzeż ją prawdziwą! Zrzuć jednak najpierw klapki z oczu! Jakie klapki? Sam musisz to sprawdzić! Inaczej nigdy nie zrozumiesz!

Spójrz na jej ciało! Na jej twarz! Na piersi! Na jej waginę!

Czyż nie tam, między jej nogami, znajduje się brama, którą przyszedłeś na świat? Czyż to nie we wnętrzu kobiety uformowało się życie twoje? Patrz uważnie, ponieważ ona także wyszła przez tą bramę!

Spójrz na jej piersi! Czyż nie one cię wykarmiły? Czyż to nie do nich się tuliłeś? Czyż to nie one dały ci pierwsze ciepło miłości?

Jakże więc możesz, mężczyzno, żądać dominacji i panowania nad tą bramą? Z jakiej więc racji czynisz kobietę sobie poddaną? Dlaczego traktujesz ją jak swoją własność, którą możesz rozporządzać wedle uznania? Dlaczego nie potrafisz odnaleźć duszy tej cudownej istoty, która kreuje nowe życie?

Kobieto!

Spójrz na mężczyznę! Zobacz go prawdziwym! Lecz i ty musisz zrzucić klapki, które masz na oczach, żeby go ujrzeć prawdziwego! I sama też musisz sprawdzić, co to za klapki i kto ci je założył!

Spójrz wtedy na ciało mężczyzny! Spójrz na jego twarz! Na tors! Na jego penisa!

Czyż to nie penis dostarcza ci nasienie, dzięki któremu w twym łonie może rozpocząć się proces kreacji nowego życia? I choć jego udział w tym akcie jest krótki, to czyż znaczy to iż jest mniej istotny? Czy zastępowanie go laboratoryjną strzykawką bez uzasadnienia to wyraz postępu prawdziwego?

Czyż po tym akcie, gdy już rozpoczął się proces kreacji, mężczyzna nie jest już ci potrzebny? Nie potrzebujesz już jego ochrony? Jego wsparcia? Jego uczucia?

A czy po wydaniu nowego życia na świat dalej jest on zbędny?

Mężczyzno!

Dostrzeż swój udział akcie kreacji! Doceń ten udział! Choć krótki, ona dalej cię potrzebuje! Dalej bierzesz udział w akcie stworzenia! Jako strażnik bezpiecznego boskiego procesu stworzenia, wciąż jesteś jego częścią! Czyż nie jest to cudowne dopełnienie tego aktu?

Dlaczego więc uznałeś się za boga ważniejszego od swej bogini? Dlaczego za pomocą słów próbujesz dokonać to, czego nie jesteś w stanie zrobić?

Kobieto!

Dostrzeż udział mężczyzny w akcie kreacji! Pomóż mu zrozumieć swoją rolę i nie odrzucaj jego boskiej ochrony! Pomóż mu zrozumieć, by mógł ją wypełniać w pełni dojrzale!

Nie zamieniaj dominacji męskiej na żeńską! Nie czyń tej pochopnej rewolucji, do której pchają cię nasi wrogowie!

Kobieto! Mężczyzno!

Uświadomcie sobie, że stworzeni jesteście, by się łączyć! By tworzyć jedność! Jedność ciał! Jedność dusz! Wasza jedność zaś będzie pomostem do jedności z naturą, z wszechświatem!

Odrzućcie walkę! Odrzućcie dominację! Spotkajcie się! Połączcie się! Nie twórzcie już więcej nowych podziałów!

Kobieto! Nie posiadaj mężczyzny na własność, lecz bądź z nim!

Mężczyzno! Nie żądaj posiadania kobiety na własność! Bądź z nią!

Kobieto! Mężczyzno! Bądźcie ze sobą, a nie posiadajcie się wzajemnie! Bądźcie szczerze i prawdziwie ze sobą!

Kobieto! Mężczyzno!

Wzywam was do wzięcia udziału w ostatnim akcie waszej wojny! Wzywam was, byście zakopali wojenne pasy i patelnie! Wzywam was, byście zawarli pokój w sercach waszych! Pokój w umysłach!

Będziecie wówczas ponownie boskimi twórcami! Twórcami prawdziwego, dojrzałego człowieka! Lecz najpierw musi on urodzić się i dojrzeć w waszych sercach!

 

Skarb najrzadszy

Rozglądam się dookoła. Zaglądam w każde możliwe miejsce. Szukam nieustannie.

Czy jest jakaś mapa, która mi go wskaże? Czy są gdzieś wskazówki, by go znaleźć?

Gdzie jest ten skarb? Gdzie są pokłady jego najczystsze i największe?

Szukam tego skarbu. Szukam w człowieku. W sobie i w drugim mym bliźnim.

Niczym górnik próbuję przebić się do najmniejszego jego śladu. Nie kilofem, bo to skarb zbyt delikatny.

W sobie samym ciężko jest go odnaleźć! Przygnieciony jest warstwami mułu i szlamu. Odkopać go jest niezwykle ciężko. Tym ciężej szukać jest w drugim człowieku. Do wnętrza jego nie mam dostępu.

Lecz w końcu się dokopię!

Pod zwałami hipokryzji, fałszywych wyobrażeń i zaszczepionych uwarunkowań ten skarb musi być gdzieś we mnie głęboko ukryty.

Gdy wszystko to wykruszę, odnajdę skarb najrzadszy na tym świecie! Skarb tak rzadki, że nikt go nie wyceni.

Odnajdę w końcu szczerość w sobie! Odnajdę ten klucz prowadzący do drzwi ukrytej prawdy!