Szukanie świętego spokoju

Gdzie on jest?

Gdzie się schował?

Dlaczego nie ma go ani we mnie, ani na świecie?

Już tak długo szukam świętego spokoju!

I wciąż nie mogę go znaleźć!

Czy ktoś może mi podać jakąś wskazówkę?

Szams z Tabrizu mówi:

„Ci, którzy poddają się boskiej esencji życia, będą żyli w niezakłóconym spokoju i pokoju, nawet gdy cały świat będzie przechodził turbulencje po turbulencjach.”

Dziękuję!

Powrót do domu

Samotnie wzdycham i cierpię.

Samotnie tęsknię.

Samotnie tęsknię do mej Bogini.

Tak bardzo cię przy mnie brak!

Jezu, czy możesz mnie pocieszyć w tych trudnych chwilach?

„Błogosławieni samotni i wybrani – wy znajdziecie królestwo, ponieważ pochodząc z niego, wejdziecie tam ponownie.”

Napełniające się źródło

Płaczę z miłości, bo tęsknię mocno za tobą.

Płaczę z tęsknoty, bo kocham cię tak mocno.

Płaczę z wdzięczności życiu, że mogłem cię poznać.

Płaczę, bo dziękuję Bogini za każdą chwilę spędzoną razem z tobą.

Płaczę, bo zbyt długo uczucia własne tłumiłem.

Miłość do ciebie ponownie otwiera źródło, które sam sobie zamknąłem.

Płaczę, bo kamień, którym swe serce otoczyłem, tylko rwącą rzeką łez może zostać zburzony.

Płaczę, bo znów napełnia się źródło…

Wody rzek uczuć napierają na tamę, którą sam sobie zbudowałem.

Płaczę, by rzekom wód nie zabrakło.

Płaczę, by źródło bezwarunkowej miłości znów stało się pełne i hojne.

Płaczę i dziękuję.

Płaczę i kocham!

TAK

Adam i Ewa zjedli owoc z drzewa poznania.

I poznali dobro I zło.

Nie dobro LUB zło!!!

To nie było drzewo wyboru!!!

Dlaczego więc wybieram?

Dlaczego więc tworzę to piekło?

Poznanie to wielkie TAK!

Tak dla życia jako całości!

Tak dla życia jako jedności!

Czym jest zatem wybór?

Czy wybierając nie tworzę sprzeczności w sobie?

Czy wybierając odrzucam połowę życia?

Czy wybór nie jest ucieczką od połowy życia?

Czy wybór jest zatem ucieczką od całości życia, jeżeli jedną połowę odrzucam?

Dlaczego uciekam?

Dlaczego wybieram?

Dlaczego odrzucam?

Dlaczego akceptuję jedną połowę, a drugiej nie?

Tak lub nie?

Dobro lub zło?

Zdrowie lub choroba?

Życie lub śmierć?

I?

Spotkanie mocy

Duch Fryderyka Nietzsche siedział samotnie na wzgórzu, obserwując z dala ludzką cywilizację. Spotkałem go, szukając ustronnego miejsca, by oddać się medytacji i odpocząć od zgiełku społecznego życia. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, ciemność powoli ogarniała Ziemię…

-Witaj, co tutaj robisz? – zapytałem.

-Obserwuję ten dziwny świat – odpowiedział.

-Czytałem niedawno twoją książkę, „Wolę mocy”. Piękna, chociaż napisana trochę chaotycznie.

-Ah, tyle miałem do przekazania, a nie miałem czasu, by wszystko uporządkować. Wiele złego z tego wyszło, bo ludzie mnie źle zrozumieli.

-Rozumiem. Nie na darmo polski poeta Jacek Kleyff prosi w jednym ze swoim utworów, by nie zrozumieć go źle, jeśli już nie może się go zrozumieć.

-Tak, ale niestety…

-Cóż, dla mnie też jest trudno cię zrozumieć, ale znalazłem tam sporo ciekawy spostrzeżeń z twojej strony, które odpowiadają na wiele moich pytań i jakby zbliżały mnie do odpowiedzi, które poszukuję. Co być powiedział na to, by odpowiedzieć na moje pytania swoimi cytatami z twoje pięknej książki? Pomógłbyś mi wyciągnąć esencję ze wszystkiego, co tam napisałeś?

-To ciekawy pomysł. Skoro za życia nie mogłem tego uporządkować, to można spróbować po śmierci. Pytaj więc śmiało!

-Co odróżnia słabego od silnego?

-Ubogi w życie, słaby, czyni życie jeszcze biedniejszym. Bogaty w życie, mocny, czyni je bogatszym. Pierwszy jest jego pasożytem, a drugi do darów, które ono posiada, dodaje mu nowe.

-Czym jest dla ciebie altruizm, a czym egoizm?

-Egoizm to usamodzielnienie, a altruizm to uinnienie, uzależnienie.

-Egoizm to usamodzielnienie?

-To jest bogactwo osobistości, pełność siebie, przelewanie się i dawanie od siebie, instynktowne czucie się dobrze i przytakiwanie sobie, jest to silne i boskie samolubstwo. Jeśli nie siedzi się mocno we własnej skórze swojej, to nie ma się nic do dania od siebie, nic z czym można by wyciągnąć rękę i być obroną i podporą.

-Ja myślałem, że to altruista jest tym dobrym.

-W każdym silnym i niewynaturzonym gatunku człowieka miłość i nienawiść, wdzięczność i zemsta, dobroć i gniew, czynienie „tak” i czynienie „nie” są nierozłączne. Jest się dobrym za tę cenę, że umie się być także złym i jest się złym, bo inaczej nie umiałoby się być dobrym. Aby człowiek mógł mieć szacunek do siebie samego, musi on być zdolny stać się także i złym.

-O rety! Nie wiem co o tym myśleć? Człowiek dobry i zły zarazem?

-Ten sposób myślenia, hodujący pewien typ człowieka, wychodzi z niedorzecznego założenia: dobro i zło bierze jako rzeczy realne, które są z sobą w sprzeczności (a nie jako dopełniające się wartości), radzi wziąć stronę dobra, wymaga by dobry wyrzekł się zła aż do ostatniego korzenia i żeby mu się opierał – w rzeczy samej zaprzecza przez to życiu, które we wszystkich swoich instynktach ma „tak” i „nie”.

-Mów mi o tym więcej!

-Dotychczas może nie było bardziej niebezpiecznej ideologii jak to dążenie do dobra: wypielęgnowano typ najwstrętniejszy, człowieka niewolnego, świętoszka.

-Ale to przecież dobry, pokojowo nastawiony człowiek! Wytłumacz mi to!

-A jednak toczy się wojnę! Człowiek dobry, który wyrzekł się zła, zarażony, jak mu się pożądanym wydaje, hemiplegią cnoty, bynajmniej nie przestaje toczyć wojny, mieć wrogów, mówić „nie” i czynić „nie”. Chrześcijanin na przykład nienawidzi „grzechu”. A cóż dla niego nie jest grzechem? Dobry widzi się jakby otoczony przez zło i przy takim ustawicznym atakowaniu przez zło wysubtelnia swoje oko i pod wszelkimi swoimi zabiegami i usiłowaniami odkrywa jeszcze zło. I tak kończy konsekwentnie na tym, że naturę pojmuje jako złą, człowieka jako zepsutego, dobroć jako łaskę. Podsumowując: zaprzecza on życiu, pojmuje, że dobro, jako wartość najwyższa potępia życie. Przez to jego ideologia na punkcie dobra i zła powinna być uważana przez niego za dowodnie odpartą. Ale choroby nie odpiera się dowodami!

-Dobro to choroba?

-Nieprzyjacielskie zachowanie się, obserwowanie i szpiegowanie względem wszystkiego, co w nas jest złe i co mogłoby pochodzić ze złego źródła, kończy się najbardziej udręczonym i najniespokojniejszym stanem wewnętrznym. W rzeczy samej taka wojna przeciwko złu psuje o wiele gruntowniej niż jakakolwiek nieprzyjaźń jednej osoby do drugiej i zazwyczaj wścibia się znowu nawet „osoba” jako przeciwnik, przynajmniej w imaginacji, na przykład diabeł, złe duchy itd.

-Właśnie zniszczyłeś moje pojęcie o moralności.

-Moralny sposób myślenia chce wysuszyć te wielkie źródła siły, te często tak niebezpieczne i przepotężnie wylewające się dzikie wody duszy, zamiast wziąć je na swe usługi i ekonomizować moc, która w nich tkwi.

-Twoje słowa burzą całkowicie moją starą moralność, którą zaraziła mnie cywilizacja. A co myślisz o człowieku moralnym?

-Człowiek moralny jest niższą odmianą człowieka niż człowiek niemoralny, odmianą słabszą. Ba, z moralności nawet jest typem, tylko nie typem swoim własnym. Jest kopią, dobrą kopią w najlepszym razie. Miara jego wartości znajduje się na zewnątrz niego.

-Jak możesz tak oceniać człowieka?

-Oceniać wartość człowieka według tego, czy ludziom przynosi pożytek, czy ich przyprawia o koszty lub czy im szkodzi  znaczy to samo, co oceniać dzieło sztuki według skutków, które wywiera. Ale przez to nie dotyka się wartości człowieka w porównaniu z innymi ludźmi. Cenię człowieka według quantum jego mocy i pełni jego woli, nie zaś według osłabienia jej i wygaśnięcia. Filozofię, która uczy zaprzeczania woli, uważam za naukę poniżania i oczerniania. Cenię moc woli podług tego, jak wiele może znieść oporu, bólu, tortur i umie je obrócić na swą korzyść. Moralna ocena wartości pociągnęła za sobą największe stępienie sądu: wartość człowieka samego przez się została niedoceniona, niemal przeoczona, niemal zaprzeczona. To pozostałość naiwnej teologii: wartość człowieka w porównaniu z innymi ludźmi.

-Czyli należy walczyć z cnotą?

-Należy bronić cnoty przed kaznodziejami cnoty: to są jej najwięksi wrogowie. Albowiem oni głoszą cnotę jako ideał dla wszystkich. I odejmują cnocie powab rzadkości, powab, że nie jest ona do naśladowania, wyjątkiem i nieprzeciętnością. Cnota nie jest czymś przeciętnie pożądanym, lecz szlachetnym szaleństwem, pięknym wyjątkiem.

-Po czym poznać cnotę?

-Nie żąda, żeby ją uznawano. Nie przypuszcza wszędzie istnienia cnoty, lecz właśnie czegoś innego. Nie cierpi z powodu nieobecności cnoty. Nie prowadzi propagandy. Nie pozwala nikomu czynić się sędzią, bo zawsze jest cnotą dla siebie samej. Czyni zawsze to, co jest zakazane.

-Wróćmy do człowieka. Który człowiek jest według ciebie najbardziej wartościowy?

-Człowiek rzeczywisty przedstawia o wiele wyższą wartość aniżeli człowiek „upragniony”, człowiek jakiegokolwiek ideału. Ideał był dotychczas siłą oczerniającą świat i człowieka, trującym wyziewem nad rzeczywistością, wielkim uwodzeniem do nicości.

-Jaki jest zatem największy błąd ludzkości?

-Ludzkość zawsze powtarzała ten sam błąd, mianowicie środki do życia czyniła miernikami życia, zamiast znaleźć miernik w najwyższym podniesieniu życia samego, w problemacie wzrostu i wyczerpania – używała ona do wykluczania innych form życia, jednym słowem do krytyki, środków służących tylko do pewnego rodzaju życia.

-Co to oznacza?

-To znaczy, że człowiek w końcu lubi środki gwoli im samym i zapomina, że są one środkami. Teraz występują one w jego świadomości jako cele, jako mierniki zamiarów.

-Jak to się ma do moralności?

-Moralność ludzi małych jako miara rzeczy. To jest najobrzydliwsze zwyrodnienie, jakim kultura poszczycić się może. I ten rodzaj ideału stale zawieszony nad ludzkością jako „Bóg”.

-A rodzina, naród, praca?

-Małżeństwo, praca, zawód, ojczyzna, rodzina, porządek, prawo! Ale ponieważ wszystko to społem jest założone ze względu na marniejszy typ człowieka w celu ochrony przeciw wyjątkom i wyjątkowym potrzebom, trzeba być więc wyrozumiałym, jeżeli tutaj kłamie się tak wiele.

– Kłamie?

-Jest jasne jak na dłoni, że małżeństwo jest warte tyle, ile ci, którzy je zawierają. To znaczy na ogół będzie czymś opłakanym i nieprzyzwoitym. Żaden ksiądz, żaden burmistrz nie zdołają z niego uczynić nic innego.

Dopiero teraz zauważyłem, że się całkiem ściemniło i tylko gwiazdy dawały nam trochę światła, a na horyzont przed nami rozświetlony był nocnym życiem odległego miasta.

-A co zatem powiesz mi o gatunku ludzkim? Albo o gatunku w ogóle?

-„Gatunek” wyraża tylko fakt, że w tym samym czasie występuje mnóstwo istot podobnych i że tempo wzrostu i zmiany na długo zostało zwolnione, tak iż praktycznie nieznaczne kontynuacje i przyrosty nie wchodzą w rachunek. Człowiek jako gatunek w porównaniu z jakimkolwiek innym zwierzęciem nie przedstawia postępu. Człowiek jako gatunek nie czyni postępu, osiąga się typy wyższe, lecz nie są one trwałe. Poziom gatunku nie podnosi się. Cały świat zwierzęcy i roślinny nie rozwija się od stopni najniższych do najwyższych. Wszystko dzieje się razem, nieładem, wbrew i spornie. Bogatsze i bardziej złożone formy – wyrażenie „typ wyższy” nie oznacza nic więcej – przepadają łatwiej. Tylko najniższe zachowują charakter pozornie nieprzemijający. Pierwsze osiąga się rzadko i z trudem utrzymują się na wyżynie. Drugie mają za sobą kompromitującą płodność. I w ludzkości też typy wyższe, szczęśliwsze wypadki rozwoju przy sprzyjających i niesprzyjających warunkach giną łatwo.

-Myślałem, że gatunki to postęp życia.

-To, że gatunki przedstawiają postęp jest najniedorzeczniejszym twierdzeniem na świecie. One przedstawiają tylko poziom.

-Co zatem myślisz o poglądach Darwina?

-Zawsze widzę przed oczami przeciwieństwo tego, co dziś widzi lub chce widzieć Darwin i jego szkoła: dobór na korzyść silniejszych, lepiej udanych, postęp gatunku. To, co uderza mnie jednak: usuwanie wypadków szczęśliwszych, bezpożyteczność typów lepiej udanych, nieuniknione panowanie typów średnich, a nawet niższych niż średnie. Wzrost mocy gatunku mniej gwarantuje przewaga jednostek udanych, silnych, niż przewaga typów średnich i niższych.  U tych ostatnich wielka płodność jest trwałością, a wraz z pierwszymi wzrasta niebezpieczeństwo, szybkie spustoszenie, rychłe zmniejszenie liczby. Liczy się na walkę o byt, na wymieranie słabszych istot i na pozostawanie najtęższych i najlepiej wyposażonych. Przez to imaginuje się stały wzrost doskonałości istot. Myśmy przekonali się odwrotnie – mianowicie w walce o życie przypadek służy tak dobrze słabym jak i silnym. Chytrość często z korzyścią zastępuje siłę, że płodność gatunków znajduje się w szczególnym stosunku do szans zniszczenia.

-Gdzie zatem jest błąd?

-Forma, gatunek, prawo, idea, cel: wszędzie tutaj popełnia się ten sam błąd, iż pod fikcję podszywa się fałszywą realność, jak gdyby to, co się dzieje, zawierało w sobie jakiekolwiek posłuszeństwo. Przeprowadza się wtedy sztuczny podział w tym, co się dzieje, między tym, co działa i tym, według czego działanie się kieruje. Lecz owo „co” i owo „według czego” ustanawia się tylko z posłuszeństwa dla dogmatyki metafizyczno-logicznej. Żadnym faktem realnym nie jest to wszystko. Forma uchodzi za coś cennego, lecz formę myśmy tylko wynaleźli. I choćby najczęściej „tę samą formę urzeczywistniało”, nie znaczy to, że jest to ta sama forma, lecz zawsze zjawia się coś nowego. I tylko my, którzy porównujemy, zaliczamy nową rzecz, o ile jest podobna do dawnej, do jedności formy.

-Trochę nie bardzo logiczny to świat.

-Świat wydaje się nam logicznym, ponieważ my go zlogizowaliśmy.

-Aha, to ciekawe. Jednak w tej logice chcemy odnaleźć prawdę.

-To czego chciano, była to zawsze wiara, a nie prawda?

-Co??? – zapytałem zaskoczony, prawie spadając z kamienia, na którym siedzieliśmy.

-Wiarę stwarzają wręcz przeciwne środki aniżeli metodyka badania. Wyklucza ona nawet te ostatnie. Pożądanie wiary, wzięte za dążenie do prawdy, jak na przykład u Caryle`a. Ale tak samo pożądanie niewiary wzięto za dążenie do prawdy. Potrzeba uwolnienia się od jakiejś wiary z tysięcznych powodów: aby mieć słuszność po swojej stronie przeciwko jakimkolwiek „wierzącym”. Korzyści jakich oczekiwanego od prawdy, były to korzyści, wynikające z wiary w nią. Sama przez się prawda mogłaby przecież być na wskroś przykra, szkodliwa i zgubna. „Prawdę” także zwalczano  znowu tylko wtedy, gdy obiecywano sobie korzyści ze zwycięstwa, na przykład uwolnienie się od panujących potęg.

Delikatny wiatr potrząsnął gałęziami i liśćmi, szelest ich przerwał na moment naszą rozmowę, dając mi czas na nabranie oddechu i krótki odpoczynek. Fryderyk jako duch mógłby mówić godzinami, nie tracił bowiem sił, w przeciwieństwie do mnie. Mogłem także poukładać sobie myśli w głowie, żeby móc kontynuować rozmowę.

-A co sądzisz o relacji między jednostką a społeczeństwem?

-Samo przez się zwierzę stadne nie ma w sobie nic chorobliwego, jest ono nieoszacowane nawet. Ale jest niezdolne do kierowania sobą. Potrzeba mu „pasterza”. Kapłani rozumieją to dobrze.

-Wyjaśnij mi to, proszę.

-Instynkt stadny, potęga która obecnie stała się naczelną, jest czymś zasadniczo różnym od instynktu społeczeństwa arystokratycznego: to od jednostek zależy co ma znaczyć suma. Cała nasza socjologia nie zna innego instynktu prócz instynktu stada, czyli zsumowanym zer, gdzie każde zero ma „równe prawa”, gdzie jest rzeczą cnotliwą być zerem. Wcielić się do szeregu, żyć, jak żyje „człowiek pospolity”, uważać za słuszne i dobre to, co on uważa za słuszne. To jest poddawanie się instynktowi stadnemu. A człowiek stadny odczuje wartość piękna wobec innych rzeczy inaczej niż człowiek wyjątkowy i nadczłowiek. „Gatunek niższy”, „stado”, „tłum”, „społeczeństwo” przypomina o skromności i wydyma swoje potrzeby jako metafizyczne i kosmiczne wartości. Przez to całe istnienie staje się spospolitowanym. Albowiem o ile panuje tłum, tyranizuje on wyjątki, tak iż tracą one wiarę w siebie i stają się nihilistami. Każda mała społeczność (nawet jednostka) stara się wmówić w siebie: „po naszej stronie jest dobry smak, trafny sąd i cnota”. Dążenie do jednej moralności okazuje się zatem tyranizowaniem innych gatunków przez gatunek, na miarę którego ta jedna moralność jest ściśle przykrojona.

-A jak stado traktuje wyjątki? Czy zawsze je unicestwia?

-Stado odczuwa wyjątki, zarówno to, co jest nad nim, jak i pod nim, jako coś, co względem niego zachowuje się wrogo i szkodliwie. Jego fortelem w stosunku do wyjątków u góry, w stosunku do silniejszych, potężniejszych, mędrszych, płodniejszych jest nakłonić ich do roli stróżów, pasterzy, strażników: w ten sposób niebezpieczeństwo przemienia ono w pożytek.

-Teraz już rozumiem na czym polega sztuczka wykorzystywana przez kapłanów.

-Kapłan chce dopiąć tego, żeby uchodzić za najwyższy typ człowieka, żeby panował, nawet i nad tymi, którzy mają w ręku władzę, żeby był nienaruszalnym, nietykalnym, żeby był najsilniejszą władzą w gminie, absolutnie niemożliwą do zastąpienia i do niedocenienia. On jeden jest wiedzącym, on jeden jest cnotliwym, on jeden w najwyższym stopniu panuje nad samym sobą, on jeden jest w pewnym sensie bogiem i wraca na łono bóstwa, on jeden jest osobą pośrednią między bogiem a pozostałymi. Bóstwo karze wszelką myśl skierowaną przeciwko kapłanowi. To jego środek.

-Jaką jeszcze stosuje on sztuczkę?

-Złe obchodzenie się z ciałem wytwarza grunt dla szeregu „uczuć winy”, to znaczy ogólne cierpienie, które wymaga wyjaśnienia. Pogardzali oni ciałem, nie brali go wcale w rachubę, traktowali go jak wroga. Ich obłędem było mniemanie, że można nosić „piękną duszę” w trupim potworze. Aby uczynić to wiarygodnym i dla innych, musieli ono pojęcie „piękna dusza” inaczej oznaczyć, wartość naturalną przemienić na inną, aż w końcu bladą chorobliwą, idiotycznie marzycielską istotę odczuwano jako doskonałość, jako „anielską”, jako przemienienie, jako człowieka wyższego. Czy istnieje niebezpieczniejszy błąd niż pogarda ciała? Jak gdyby wraz z nią nie była skazana na chorobę cała duchowość, na opar „idealizmu”! Bez rąk i nóg jest wszystko, co wymyślili chrześcijanie i idealiści.

-Teraz już rozumiem tą obsesję kapłanów, zwłaszcza chrześcijańskich, walki z ciałem. Wróćmy jednak do indywiduum i jego relacji ze społeczeństwem.

-Jeśli zrozumiemy, w jakim znaczeniu „indywiduum” jest błędem i jak każda jednostka jest całym procesem w linii prostej (nie tylko przez „dziedziczność”, lecz sama przez się), wtedy jednostka zyskuje znaczenie niezmiernie wielkie. W niej to przemawia instynkt nieomylnie, gdzie jest instynkt słabnie, gdzie indywiduum szuka swej wartości w służbie dla innych, można z całą pewnością wnioskować, że nastąpiło znużenie i zwyrodnienie. Tylko jednostki czują się odpowiedzialnymi. Gromady wynaleziono po to, żeby robić rzeczy, do których jednostce brak śmiałości. Właśnie dlatego wszelkie gminy, społeczeństwa są sto razy szczersze i bardziej pouczające o istocie człowieka niż indywiduum, które jest za słabe, by posiadać śmiałość swych żądz.

W tym miejscu Nietzsche zrobił niespodziewanie pauzę, myślę, że bardziej dla mnie, niż dla siebie, bym mógł spokojnie wchłonąć to, co mówi. Po chwili kontynuował:

-Czym to się dzieje, że wielki tłum popełnia czyny, na które indywiduum by się nie umiało zdecydować? Przez podział odpowiedzialności, przez oddzielenie rozkazu do wykonania, przez wprowadzenie cnót posłuszeństwa, obowiązku, miłości ku ojczyźnie i panującemu. Przez zachowanie dumy, surowości, siły, nienawiści, zemsty, jednym słowem cech typowych, które przeczą typowi stadnemu. Studiowanie społeczeństwa jest przeto nieocenione, ponieważ człowiek jako społeczność jest o wiele naiwniejszy niż człowiek jako „jedność”. „Społeczeństwo” nigdy nie zapatrywało się na cnotę inaczej, jak tylko na środek siły, władzy i porządku. Odpowiedzialność za całość pozwala jednostce na rozleglejszy pogląd, surowszą i straszliwszą dłoń, rozwagę i chłód i przyucza do wspaniałości postawy i gestów, których tylko ze względu na samą siebie nie przyznałaby sobie. A zatem organizmu kolektywne są wielką szkołą przygotowującą samodzielność jednostki, stanem przodującym jest ten, kto dziedziczy tę wprawę.

-Czym jest zatem indywidualizm?

-Indywidualizm jest skromnym i nieświadomym jeszcze rodzajem „woli mocy”: tutaj jednostce wydaje się już dosyć, jeśli wyzwoli się z przewagi społeczeństwa (lub państwa albo kościoła). Przeciwstawia się nie jako osoba, lecz tylko jako jednostka, przedstawia wszystkie jednostki wobec zbiorowości. To znaczy instynktownie staje na równi z każdą jednostką, to co zdobywa, zdobywa nie dla siebie jako osoba, lecz jako jedność na zbiorowości.

-A czym jest osoba?

-„Osoba” jest faktem względnie odosobnionym. W stosunku do znacznie większej ważności, jaką posiada ciągłość i średniość jest niemal czymś przeciw naturze. Do powstania osoby potrzebne jest odosobnienie duchowe, obowiązek egzystencji odporno-zaczepnej, coś jak zamurowanie, większa siła odgradzania się. I przede wszystkim, o wiele mniejsza wrażliwość, niż ją posiada człowiek średni, którego altruizm jest zaraźliwy.

-Czy zatem należy nienawidzić mierności?

-Nienawiść mierności jest niegodna filozofa: poddaje ona niemal w wątpliwość jego „prawo do filozofii”. Właśnie dlatego, że jest on wyjątkiem, powinien wziąć regułę w obronę i wszystkim ludziom średnim zachować ich odwagę samych siebie. Podnosić można tylko takich ludzi, których nie traktuje się z pogardą. Pogarda moralna jest większym upodleniem i krzywdą niż jakiekolwiek przestępstwo.

-Czym jest zatem „wola mocy”?

-Wola mocy nie jest bytem, nie jest stawaniem się, lecz patosem: jest faktem elementarnym, z którego dopiero wywodzi się stawanie, działanie.

-Jakie są zatem zadania gatunku wyższego według ciebie? Czy jest nim panowanie nad gatunkiem niższym?

-Zadanie gatunku wyższego widzi się nie w kierowaniu gatunkiem niższym, lecz że niższy uważa się za podstawę, na której gatunek wyższy żyje gwoli swemu własnemu zadaniu – na której dopiero może on stanąć. Warunki, przy których utrzymuje się silny i wytworny gatunek (pod względem hodowli duchowej) są odwrotne do tych, w których znajdują się „zbiorowości przemysłowe”. To, co wolno naturom najsilniejszym i najpłodniejszym dla umożliwienia swej egzystencji: czas swobodny, przygody, niewiara, rozpusta nawet, to wszystko, gdyby stało otworem dla natur przeciętnych, zniszczyłoby je stanowczo: i tak też robi. Tutaj odpowiednimi są pracowitość, reguła, umiarkowanie, silne „przekonanie”, jednym słowem „cnoty stadne”: przy nich ten pośredni rodzaj człowieka staje się doskonałym.

-Czyli ten postęp gatunku wyższego w stosunku do niższego nie musi pociągać za sobą tych wszystkich diabelskich związków uzależniających i sprowadzających gatunek wyższy niżej, by dostosował się do poziomu gatunku niższego? Czy oba gatunki mogą żyć ze sobą w pewnej symbiozie, bez przeszkadzania sobie nawzajem, a nawet mogą się wspierać?

-Nie dodam tutaj niczego, czego przed chwilą nie usłyszałeś.

-Rozumiem. A czym się różni człowiek wielki od niskiego?

-„Człowiek wielki” jest wielki przez obręb wolności, jaki pozostawia swym żądzom i przez jeszcze większą moc, która te wspaniałe potwory umie zaprząc w służbę. „Człowiek dobry” jest na każdym stopniu cywilizacji człowiekiem nie niebezpiecznym i pożytecznym zarazem: rodzajem środka, wyrazem w świadomości powszechnej tego, czego nie ma powodu obawiać się, a czym mimo to nie ma prawa się pogardzać.

-Trochę nie rozumiem.

-Każdemu wzrostowi człowieka musi także towarzyszyć wzrost jego strony odwrotnej, iż człowiek najwyższy, przypuściwszy, że takie pojęcie jest dopuszczalne, byłby człowiekiem, który by przeciwieństwo charakteru istnienia najsilniej przedstawiał, jako jego glorię i jedyne usprawiedliwienie. Ludzie zwykli mogą przedstawiać tylko mały kącik i zakątek tego charakteru natury. Giną oni natychmiast, skoro wzrasta złożoność elementów i napięcie przeciwieństw, to znaczy warunki uprzednie wielkości człowieka. Że człowiek lepszym i gorszym stawać się musi, oto moja formuła tego musu. Jak dalece w innym kierunku silniejszy typ człowieka musi wyobrażać sobie wywyższenie i wznoszenie się: wyższe istoty poza dobrem i złem, poza owymi wartościami, które nie mogą zaprzeczyć swego pochodzenia ze sfery cierpienia, stada i większości.

-Teraz już rozumiem. Człowiek wyższy łączy w sobie wszystkie przeciwieństwa, a człowiek niższy je rozdziela na dobre i złe.

-Nie ma przeciwieństw: pojęcie przeciwieństwa czerpiemy tylko z logiki. Stamtąd też na rzeczy zostało przeniesione fałszywie. Całości nie można sądzić, mierzyć, porównywać lub nawet zaprzeczyć! Dlaczego nie? Dla pięciu powodów, które są dostępne nawet dla umysłów ograniczonych: na przykład choćby dlatego, że nie ma nic poza całością. I mówiąc jeszcze raz, jest to wielkie pokrzepienie, w tym tkwi niewinność wszelkiego istnienia. Każda rzecz jest tak bowiem z całością związana, że chcieć wykluczyć cokolwiek, oznacza wykluczyć wszystko. Postępek niegodny oznacza świat niegodny w ogóle.

-Cóż jest zatem twoim głównym celem.

-Przywrócić ludzkości egoizm.

-Jak to rozumiesz?

-Żeby przywrócić ludziom odwagę ich naturalnych popędów, żeby zapobiec ich niedocenianiu siebie (nie ze strony człowieka jako jednostki, ale człowieka jako natury. Żeby wyjąć z przedmiotów przeciwieństwa, zrozumiawszy, że myśmy je tam włożyli. Żeby w ogóle wyjąć z istnienia idiosynkrazję społeczeństwa (czyli winę, karę, sprawiedliwość, uczciwość, wolność, miłość i tak dalej). Postęp do „naturalności” we wszystkich zagadnieniach politycznych, także i w stosunku między stronami, nawet między stronami handlarzy lub robotników, lub przedsiębiorców. Chodzi o kwestie mocy: „co się potrafi”, a dopiero na tej podstawie, „co się powinno”. Południe na nowo w sobie odkryć i rozpiąć nad sobą jasne, błyszczące, tajemnicze niebo południowe, zdobyć z powrotem zdrowie południowe i ukrytą pogodę duszy; krok za krokiem rozszerzać swój horyzont, stawać się nadnarodowym, europejskim, nadeuropejskim, bardziej wschodnim, w końcu greckim: bowiem greckość była pierwszym zawiązkiem i syntezą wszystkiego, co jest wschodnie i właśnie przez to początkiem duszy europejskiej, odkryciem naszego „nowego świata”. Kto pod takim imperatywem żyje, kto wie, co tego pewnego dnia spotkać może? Może właśnie: dzień nowy.

-W takim razie naziści strasznie źle cię zinterpretowali! Nie o dominację jednych nad drugimi tutaj chodzi! – zauważyłem.

Nietzsche spojrzał w kierunku gwiazd i odpowiedział:

-Wielu bardzo źle mnie zrozumiało…

-Jeszcze kilka lat temu i jak mógłbym się do nich zaliczyć. Chyba miałem po drodze jakieś wielkie, cholerne szczęście.

-Być może dlatego, że masz w sobie przemożną chęć sprawdzania i porównywania wszystkiego, czego się dowiesz. Może to uratowało cię.

-Może… Za twoich czasów jednak Hitlera i nazistów nie było. Mogłeś jednak obserwować rozwijający się ruch socjalistyczny i komunistyczny. Co mógłbyś o nich, w odniesieniu do tamtych czasów oczywiście, powiedzieć?

-Jest to hańbą dla wszystkich twórców systemów socjalistycznych, że mniemają iż mogłyby istnieć takie warunki, takie kombinacje społeczne, przy których występek, choroby, przestępstwa, prostytucja, bieda już by nie wyrastały. Ale to znaczy skazywać życie…

Zamilkł na chwilę i spojrzał na trawę pod swoimi nogami, a po chwili kontynuował:

-Społeczeństwo nie ma wyboru pozostać młodym. I jeszcze w pełni swoich sił musi ono tworzyć plugastwo i odpadki. Im energiczniej i śmielej sobie poczyna, tym bogatsze będzie w jednostki nieudane, w potwory, tym bliższy będzie upadek. Starości nie można usunąć za pomocą instytucji. Choroby i występków też nie. W moim przekonaniu socjalizm jest tylko środkiem agitacyjnym indywidualizmu: pojmuje on, że aby coś osiągnąć, trzeba zorganizować działanie zbiorowe, „moc”, lecz to czego on chce, nie jest społeczność jako cel jednostki, lecz społeczność jako środek do umożliwienia wielu jednostek. To jest instynktem socjalistów, co do którego często się mylą (pominąwszy oczywiście to, że aby dopiąć swego celu, często muszą oszukiwać).

-To trochę nielogiczne dla mnie.

-Już raz ci powiedziałem, że świat wydaje się logicznym, bo my go zlogizowaliśmy. W rzeczywistości logika, tak jak geometria i arytmetyka, stosuje się tylko do istotności wyobrażonych, które myśmy stworzyli. Logika jest usiłowaniem pojęcia świata rzeczywistego według ustanowionego przez nas schematu bytu lub ściślej: uczynienie go podatnym do sformułowania, obliczenia. Nie „poznawać”, lecz schematyzować: narzucić chaosowi tyle regularności i form, ile czyni zadość naszej potrzebie praktycznej. Dawniej logikę uważano za ułatwienie, za środek do wyrażania się, nie zaś za prawdę. Dopiero później zaczęła działać jako prawda.

-Na Jowisza! Więc to wszystko wygląda zupełnie inaczej niż przypuszczamy. Ale teraz już rozumiem popęd ludzkości do dogmatyzowania życia.

Nietzsche nie odpowiedział. Patrzył zamyślony na gwiazdy. Napiłem się w tym czasie wody z butelki, czekając aż będzie kontynuował rozmowę.

-Zdrowie i choroba nie są czymś istotnie różnym, jak to starzy medycy i dziś jeszcze niektórzy praktycy mniemają. Nie należy robić z tego oddzielnych zasad lub istot, które walczą z sobą o żyjący organizm i robią sobie z niego plac boju. To są bzdury i niedorzeczna gadanina, na nic nieprzydatne. W rzeczy samej między tymi rodzajami istnienia zachodzą tylko różnice stopnia: przesada, dysproporcja, nieharmonia normalnych fenomenów stanowią stan chorobliwy. Równie dobrze „złe” może być uważanym za przesadę, dysharmonię, dysproporcję i równie dobrze „dobre” może być dietą ochronną przeciw niebezpieczeństwu przesady, dysharmonii, dysproporcji. Teraz rozumiesz?

-Chyba tak.

Teraz ja zmilkłem i spojrzałem na ciemny las, oświetlony lekko przez pełny księżyc, poruszający się powoli nad nim. Cholera, byłem tak zaabsorbowany rozmową, że nawet tego pięknego księżyca nie zauważyłem! Wydało mi się teraz, że tylko Nietzsche dostrzegał go cały czas kątem oka. Niesamowita to filozofia. Powiedziałem mu te słowa. Trochę jednak nieśmiało, co musiał wyczuć.

-Śmiało – powiedział. – Jeżeli nie masz śmiałości, żyj niebezpiecznie! Śmiałość przyjdzie sama!

-A jak ty widzisz filozofię? Jej historię? Je założenia? Jak widzisz religię?

-Jest to nędzna historia: człowiek poszukuje jakiejś zasady, dzięki której może pogardzać człowiekiem: wynajduje on jakiś inny świat, by móc spotwarzać i brukać ten świat. W rzeczy samej za każdym razem wyciąga rękę po nicość i z nicości konstruuje „Boga”, „prawdę”, a w każdym razie sędziego i potępiciela tego istnienia.

-Do licha! Ja też przecież tak robiłem! To też tkwiło we mnie! Właśnie mi to uświadomiłeś!

-Myślę, że i ja nie jestem od tego wolny…

Umilkł na chwilę, zamknął oczy jakby wracając do jakichś dawno zapomnianych chwil, które nagle wróciły do pamięci niczym wicher jaki. Najwidoczniej jednak szybko je odgonił, bo wrócił do rozmowy.

-Historia filozofii jest ukrytym szałem przeciwko założeniom życia, przeciwko życiowym uczuciom wartości, przeciwko stawaniu po ich stronie życia. Filozofowie nigdy nie wahali się przytaknąć jakiemuś innemu światu, pod warunkiem, że przeczy on temu światu, że daje on poręczny sposób, by o tym świecie źle mówić. Dotychczas była to wielka szkoła oczerniania: a tak bardzo imponowała ona, że dziś jeszcze nasza orędowniczka życia występująca wiedza zaakceptowała zasadniczą formę oczerniania i manipuluje tym światem jako pozornym, tym łańcuchem przyczyn jako tylko fenomenalnym. Filozofowie wierzyli w „prawdy” moralne, znaleźli tam wartości najwyższe: cóż im pozostało, jeśli nie tym bardziej przeczyć istnieniu, im bardziej je pojmowali? Albowiem to istnienie jest niemoralne. I to życie spoczywa na założeniach niemoralnych: i wszelka moralność przeczy życiu!

-Hmm… Jakże więc możliwe, że chrześcijaństwo wyparło ten świat filozoficzny, jeżeli on też potępiał życie? Czy też może miało na to wpływ zepsucie obyczajów w czasach, gdy Rzym zmienił się z republiki w cesarstwo?

-Nie „zepsucie obyczajów” starożytności, właśnie jej przemoralizowanie było założeniem, przy którym jedynie chrześcijaństwo mogło nad nią zapanować. Fanatyzm moralny (czyli Platon) zburzył poganizm, przemieniając jego wartości i pojąc trucizną jego niewinność. Powinniśmy pojąć nareszcie, że to, co tu zburzono, było wyższe w porównaniu z tym, co zapanowało! A poddanie się rasy pańskiej chrześcijaństwu jest głównie następstwem przeświadczenia, że chrześcijaństwo jest religią stadną, że nakazuje posłuszeństwo: jednym słowem, że nad chrześcijanami łatwiej jest panować niż nad chrześcijanami.

-To wiele wyjaśnia. Cesarze wciąż szukali sposobu legitymacji dla swojej władzy i sposoby na łatwiejsze rządzenie rzymskim społeczeństwem i kapłani chrześcijańscy, a już na pewno biskupi Rzymu, im go dostarczyli. Szczególnie, że w tamtych czasach imperium zaczynało przeżywać kryzys typowy, dla wielkich imperiów, którym historia wytyczyła granice podbojów i kres ich ekspansji zostaje osiągnięty, po którym zaczyna się faza konsumpcji bogactwa. Ba, samokonsumpcji. Lecz czym jest dla ciebie pogaństwo? Co jest pogańskim, a co chrześcijańskim?

-Pogańskim jest przytakiwanie temu, co naturalne, uczucie niewinności w rzeczach naturalnych, „naturalność”. Chrześcijańskim jest zaprzeczenie temu, co naturalne, uczucie niegodziwości w rzeczach naturalnych, przeciwność naturze. Tyle miejsca poświęcamy ludziom chrześcijańskim, ludziom ascetycznym, przeciwnym życiu, a czy nie zapominamy o jednym typie człowieka religijnego, o typie pogańskim? Czyż kult pogański nie jest formą dziękczynienia i przytakiwania życiu? Czyż najwyższy przedstawiciel jego nie musi być apologią i przebóstwieniem życia? Typem dobrze udanego i w zachwycie przelewającego się ducha! Typem biorącego w siebie i rozwiązującego sprzeczności i problematyczności istnienia. Tutaj właśnie umieszczam Dionizosa Greków: religijne potwierdzenie życia całkowitego, nie zaprzeczonego i przepołowionego życia (rzecz typowa – akt płciowy budzi idee głębi, tajemniczości, czci). Wszystko to według mnie pogańskie jest, wszystkie te afekty przytakujące życiu: duma, wesele, zdrowie, miłość płci, wrogość i wojna, cześć, piękne gesty, maniery, silna wola, dyscyplina wyższej duchowości, wola mocy, wdzięczność względem Ziemi i życia: wszystko, co jest bogate i pragnie oddawać, i życie obdarowuje i złoci, i uwiecznia, i przebóstwia: cała potęga cnót rozświetlających. Wszystko co pochwala, „tak” mówi, „tak” czyni! Mnie samemu, w którym instynkt religijny, to znaczy bogotwórczy nieraz ożywia się niewcześnie: jakże inaczej, jak różnie za każdym razem objawia się boskość!

Gwiazdy na niebie jakby bardziej rozświetliły się na niebie na sam dźwięk tych ostatnich, tak pięknych słów.

-Człowiek tragiczny przytakuje nawet najtwardszemu życiu: dość jest na to silny, całkowity, przebóstwiający. Chrześcijanin natomiast neguje najszczęśliwszy los na Ziemi: dość jest słaby, ubogi, wydziedziczony, żeby w każdej formie życia jeszcze cierpieć! – podsumował.

-Myślę, że powoli już czas kończyć i podsumować naszą rozmowę. Moglibyśmy bowiem się bardzo zaplątać. Masz tyle do powiedzenie, tyle spostrzeżeń do odkrycia i do przekazania światu! – rzekłem to jednak bez większego przekonania. Rozmowa z Fryderykiem bowiem bardzo rozświetliła moją duszę, czułem się niczym rodzący się bóg jakiś! – Czym jest dla ciebie ten świat? Jak ty go widzisz?

-Chcesz wiedzieć czym jest dla mnie świat? Jak on wygląda w moim zwierciadle?

-Proszę, powtórz to! Dla mnie to najpiękniejszy fragment „Woli mocy”!

-Świat ten: potwór siły bez początku, bez końca, stała, spiżowa wielkość siły, która ani się zwiększa, ani zmniejsza, nie zużywa lecz przemienia, jako całość, niezmiennie wielki, gospodarstwo bez wydatków i strat, lecz także bez przychodów, bez dochodów, opasany „nicością” niby granicą, przy tym nic rozpływającego się, nic trwoniącego się, nic nieskończenie rozciągłego, lecz jako określona ilość siły, włożona w określoną przestrzeń i nie w przestrzeń, która by gdziekolwiek była „próżna”. Raczej jako siła wszędy, jako gra sił i fal ich, jeden zarazem i mnogi, piętrzący się tu i jednocześnie tam się zmniejszający. Morze sił wzbierających, które samo jest dla siebie burzą, wiecznie wędrujące, wiecznie się cofające, o niezmiernych okresach powrotu, z odpływem i przypływem form, od najprostszych do najbardziej złożonych, od największego spokoju, sztywności, chłodu do największego żaru, dzikości, sprzeczności ze sobą i następnie z pełni powracające do prostoty, z gry sprzeczności do przyjemności współdźwięku, przytakujące sobie samemu, nawet w monotonii swych dróg i okresów, błogosławiące samo siebie, jako to, co wiecznie pracować musi, jako stawanie się, nieznające sytości, przesytu, znużenia – ten mój świat dionizyjski, sam wiecznie stwarzający się, sam wiecznie niweczący się, ten świat tajemniczy podwójnych rozkoszy, to moje „poza dobrem i złem”, bez celu, jeśli celem jest szczęście w kole, bez woli, jeśli koło nie jest dobrą wolą obracania się na własnej starej drodze wkoło siebie i tylko wkoło siebie: ten mój świat – kto jest dość jasny na to, żeby weń spojrzeć i nie życzyć sobie przy tym ślepoty? Dość silny, żeby z duszą swą stanąć przed tym zwierciadłem? Z własnym zwierciadłem przed zwierciadłem Dionizosa? Z własnym rozwiązaniem przed zagadką Dionizosa? A kto by zdolny był do tego, czyby nie musiał uczynić jeszcze więcej? Poślubić siebie samego „pierścieniowi pierścieni”? Ślubami własnego powrotu? Pierścieniem wiecznego samobłogosławieństwa, samopotwierdzenia? Wolą chcenia zawsze i jeszcze raz? Do powrotnego chcenia wszystkich rzeczy, które były kiedykolwiek? Do porywającego się chcenia ku wszystkiemu, co kiedyś być musi? Wiesz teraz, czym dla mnie jest świat? I czego ja pragnę, skoro tego świata pragnę?

-Fanastyczne! – przyklasnąłem z radości. – „Gra sił i ich fal, jeden zarazem i mnogi!” Cudowne! To brzmi trochę jak świat kwantowy o którym mówią fizycy kwantowi! Ach, jakże szkoda, że ten świat został odkryty dopiero po twojej śmierci!

-Fizycy kwantowi? Świat kwantowy? – Nietzsche wytrzeszczył oczy ze zdumienia.

-Tak, mówi ona, że świat jest zbudowany z jednej niezniszczalnej energii, składającej się z pól kwantów energii, które mają charakter falowy. I jest to praktycznie nieodwracalny ruch energii naprzód.

-Hmm, brzmi ciekawie…

Zamilkł na chwilę, zastanawiając się nad tym głębiej, po czym rzekł zaciskając pięść:

-Tylko ten ukrzyżowany, niczym diabeł jakiś!

-A, nawet po śmierci masz obsesję na jego punkcie! Ale nie dziwię się, Ewangelię Tomasza odkryto dopiero w 1945 roku, długo po twojej śmierci.

-Ewangelię Tomasza?

-Tak, apokryf odrzucony przez Ojców Kościoła. Są tam zapisane nauki Jezusa i w jednej z nich Jezus mówi, że jeśli ci, którzy nam przewodzą w życiu religijnym i duchowym powiedzą nam, że królestwo niebieckie jest w niebie albo w głębinach, to ptaki i ryby będą w nim przed nami, a prawdziwe królestwo jest w nas i na zewnątrz nas.

-Piękne! Cudowne!

-Myślę, że gdybyś to znał wcześniej, inaczej byś patrzył na ukrzyżowanego.

-Być może. A ty, jakie wnioski z tego wyciągnąłeś?

-Myślę czasami, że niepotrzebnie ogłosiłeś śmierć boga. A na pewno nie tego boga, co trzeba. Aczkolwiek cię rozumiem i rozumiem dlaczego kapłani tak cię znienawidzili. Uśmierciłeś boga, którego oni wcześniej sami ukrzyżowali, bo otwierał ludziom oczy na kapłańskie oszustwa. Ukrzyżowali człowieka, który stanął twarzą w twarz z własnym rozwiązaniem zagadki życia i uczył innych, jak mogą znaleźć to rozwiązanie samodzielnie. Sam zresztą zauważyłeś, że wystąpienie Jezusa było skierowane przeciwko kapłanom.

-Tak, zauważyłem to.

-Jednak obsesja na tym punkcie zaślepiła cię i nie dostrzegłeś tego, za to punktem wyjścia ogłosiłeś boga wykreowanego przez kapłanów. Tego boga uśmierciłeś. Ale oni go ukrzyżowali 2000 lat temu i potem ktoś inny wykorzystał trupa, by zbudować na tym swoją ideologię w celu zdobycia władzy duchowej, a za pomocą władzy duchowej, władzę polityczną. Stara kapłańska sztuczka, ale politykom też ta symbioza odpowiada. Nie na darmo Seneka młodszy zauważył, że „religia jest prawdą dla ludu, fałszem dla mędrców, a dla władców jest użyteczna”.

-To ciekawe, co mówisz.

-Otóż w Ewangelii Tomasza są zacytowane słowa Jezusa, który mówi, że kto poznał świat, ten znalazł trupa. Moim zdaniem tym trupem nie jest świat realny, ten za którym tęsknisz, ale ten świat, który my wymyślamy ze strachu przed światem realnym. Gdyby cię ukrzyżowany nie zaślepił, może dostrzegłbyś, że on zmartwychwstał zanim go ukrzyżowano!

-Co? – Nietzsche wyglądał jakby czas się zatrzymał, tak był zdumiony, że ja nigdy tak zdumionego człowieka nie widziałem. Szybko mu więc wyjaśniłem:

-Jezus powiedział w Kazaniu na górze, że Ojciec Niebieski zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych, a jego słońce wschodzi nad dobrymi i nad złymi oraz żebyśmy byli perfekcyjni jak perfekcyjny On jest. Takich słów nie mógł wygłosić trup, lecz człowiek prawdziwie żywy.

-Cudowne! – oczy Fryderyka rozświetliły się niczym latarnia morska! – Czyżbyś znalazł rozwiązanie zagadki?

Tym razem ja milczałem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nietzsche chyba to zrozumiał, ale nie prosił mnie już o odpowiedź.

Wzrok nasz podrażniony został przez promień słońca, wyłaniającego się zza ciemnego horyzontu. Blask jego obwieszczał nam cudowny, wspaniały, niepowtarzalny nowy dzień…

 

 

Zrywanie zasłon

Szukam Boga.

A w kościele straszą diabłem i piekłem.

W meczecie także.

I w synagodze…

Co robić?

Jak szukać tego Boga?

Zrezygnowany idę ulicami.

Nagle spotykam Rabię.

Rabia niesie w jednej ręce wiadro z wodą,  a w drugiej trzyma pochodnię z ogniem.

Pytam się jej: Rabio, dokąd zmierzasz?

„Idę rozpalić ogień w raju i wylać wodę na piekło, aby obie zasłony zniknęły całkowicie.”

Święty spokój

Dajcie mi święty spokój!

Dajcie mi wszyscy święty spokój!

Kurwa, dajcie mi wszyscy święty spokój!!!

Pierdole!

Jak mogę od was żądać tego, czego sami nie macie?

Gdzie więc mogę znaleźć święty spokój?

Uff, Rabia al-Adawijja przychodzi mi z pomocą:

„Gdzie straciliście spokój, a gdzie chcecie go znaleźć? On zaginął w was, a wy szukacie go na zewnątrz!”

Dzięki, Rabia!

Mocarze

Fałszywi mocarze.

Tłumu pochlebcy.

Tłumu demagodzy i kierownicy.

Fałszywi mocarze.

Aleksander Wielki, Urban II, Napoleon, Hitler, Stalin.

Potęga ich zbudowana na słabości tłumów zbudowanych ze słabych.

Fałszywi mocarze.

Kapłani i politycy.

Potęga ich zbudowana na głupocie głupców.

Prawdziwi mocarze.

Jezus mówiący do tłumu:

„Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień!”

Jezus wyrzucający handlarzy ze świątyni:

„Nie róbcie targowiska z domu ojca mego!”

Jezus mówi do przywódców religijnych:

„Marny wasz los przywódcy religijni i Faryzeusze! Jesteście obłudnikami! Robicie przed ludźmi wrażenie świętych, lecz w środku jesteście pełni obłudy i nieprawości!”

Budda powiedział:

„Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Miejsce zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu.”

Epikur napisał:

„Nie ten jest bezbożny, kto zaprzecza bogom czczonym przez tłum, lecz ten kto podziela pogląd ludu na ich temat.”

Markiz de Sade napisał:

„Bawcie się, bo czym byłoby życie bez przyjemności?”

Nitzsche oznajmił:

„Bóg umarł!”

Aleister Crowley napisał:

„Każdy mężczyzna i każda kobieta jest gwiazdą!”

Osho mówi:

„Weź życie we własne ręce. W końcu jest ono twoje.”

 

Winy tłumu

Podjudzony tłum krzyczy do Piłata:

„Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj go!”

Kilkadziesiąt lat później pogański tłum woła do cesarza:

„Chrześcijanie dla lwów!”

A już kilka lat później chrześcijański tłum podburzony przez kler zabija pogan i niszczy świątynie Serapisa w Aleksandrii…

Komentując przyczyny I wojny światowej Zygmunt Freud powiedział:

„Czy rzeczywiście wierzycie, że udałoby się garstce karierowiczów i uwodzicieli bez czci i wiary rozpętać wszystkie te złe duchy, gdyby nie było w tym i winy milionów tych, których za sobą pociągnęli?”

A już prawie dwa tysiące lat przed nim Jezus mówił do tłumu:

„Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień!”

Duch indywidualności

Z męskiej i żeńskiej komórki powstaje pojedyncza komórka nowego życia.

A z jednej komórki powstają kolejne, które tworzą nowy organizm.

Tak jedność przejawia się w wielości, a wielość w jedności.

Bez pojedynczej komórki nie byłoby całego organizmu, a organizm nie istniałby bez pojedynczej komórki.

Nie byłoby społeczeństw bez jednostek.

Wszechświat przejawia się w każdym indywidualnym, oryginalnym, prawdziwym i nieskopiowanym życiu.

Melodia składa się z pojedynczych dźwięków, a mur z pojedynczych kamieni.

Dlatego Jezus wyrusza na poszukiwanie tej jednej jedynej zaginionej owcy i mówi, że do Królestwa „wejdziecie, jeśli macie zwyczaj czynić dwa jednością”.

A Szams z Tabrizu mówi, że „cały wszechświat zawiera się w pojedynczej ludzkiej istocie – w Tobie” oraz dodaje, że „wszyscy jesteśmy stworzeni na boskie podobieństwo, a jednak każdy z nas jest unikalny, jedyny w swoim rodzaju. Nie ma dwóch takich samych ludzi. Nie ma dwóch serc, które by biły w tym samym rytmie. Gdyby Bóg chciał, by wszyscy byli tacy sami, pewnie takich by nas stworzył.”

Tak więc jedność przejawia się w indywidualności, a indywidualność w jedności.

Należy odrzucić puste doktryny i schematy.

Należy szukać swej własnej drogi.