Największa bogini

Nie ma świętych pism, nie ma swych świątyń, nie ma swoich kapłanów, nie ma swojej religii, chociaż każda kłamie, że jest u jej boga. Mimo to każdy może zostać jej kapłanem lub kapłanką, każdemu pozwala rozwijać własną religijność bez zorganizowanej religii, każdy może stać się jej świątynią w swoim sercu.

Nie ma swej postaci, swej rzeźby, lecz wszędzie jest pełno jej symboli. Każde żyjące stworzenie jest jej symbolem.

Nie ma świętych szat ani tych zwyczajnych. Naga przechadza się między stworzeniami.

Nie ma żadnych wymagań, żadnych praw, żadnych rytuałów. Każdemu daje możliwość znalezienia własnego sposobu okazania jej wdzięczności.

Nie potrzebuje, by cześć i hołdy jej oddawać, ponieważ samo otwarcie się na jej doświadczenie jest najwspanialszym hołdem dla niej.

Nie zazdrości i nie pożąda niczego. Ona dawczynią jest największą. Potrafi tylko obdarowywać ze swego niewyczerpanego źródła. Dlatego nie wymaga żadnych darów ani ofiar dla siebie.

Nie ma potrzeb ani pragnień. Nie dominuje i nie podporządkowuje się, a mimo to jest Panią i Służką.

Nie wywyższa się ani nie poniża. Nie żąda i nie oczekuje nagrody za dar siebie samej.

Pojawia się nieoczekiwanie, poprzedzona przez pożądanie, które transformuje w nią, jeśli jej na to pozwolisz. Tak samo może odejść. Pozwól jej, a znów się pojawi.

Nie walczy, więc jest niezwyciężona. Dlatego każdy, kto miecz swój na nią wyciągnie, musi przegrać, bo sam siebie pokona.

Nie dzieli na części, lecz łączy zawsze wszystko w całość.

Nie wybacza, bo sama jest jednym wielkim wybaczeniem.

Nie pamięta, bo nie zapamiętuje. Nie żyje przeszłością. Ona pragnie być tu i teraz, w tej chwili, w tym momencie.

Dlaczego więc tak bardzo się jej lękam? Dlaczego tak bardzo boję się ją spotkać?

Dlaczego lęk swój za nienawiści zasłoną pragnę ukryć? Dlaczego uciekam, gdy tylko jej obecność w pobliżu wyczuję?

Czy tylko ja to czuję? Czy tylko ja tak bardzo boję się Miłości?

Leżąc pod drzewem

Leżę pod drzewem. Gałęzie i liście dają mi orzeźwiający cień.

Obserwuję je. Stoi majestatycznie pod niebem. Takie zwyczajne. Takie jedno z wielu i jedno wśród wielu.

Stoi cierpliwie. Na nic nie czeka, za niczym nie goni. Rośnie od samego początku, zgodnie ze swym przeznaczeniem.

Zakwita każdej wiosny, cieszy liśćmi latem, a jesienią je zrzuca, by nagie przeczekać zimę i znów obudzić się wiosną. Lecz nie zna czasu. Żyje każdą chwilą, żyje tu i teraz.

Mimo dobrego zakorzenienia, podróżuje nieustannie. Gałęzie swe wyciąga w stronę słońca, korzenie swe wbija głębiej w ziemię.

Nie mówi, nie porusza się celowo, a można doświadczyć pod nim radości, odpoczynku, piękna, miłości.

Obdarza swym spokojem, cierpliwością, obecnością.

Jedno drzewo, a tyle zrozumienia. Bez słów, bez gestów…

Cuda Życia

Leżę na drewnianej ławce. Dookoła mnie rośnie trawa. Obok znajduje się rzeczka i pola. Po drugiej mej stronie zaczyna się las. Drzewa nade mną dają mi cień i chronią przed gorącym słońcem.

Obserwuję je. Wyrosłe z maleńkiego nasionka, zapuściły korzenie głęboko w ziemię, by piąć  pień swój wysoko i gałęzie wyciągać ku niebu.

Każde ma swą przestrzeń, której drugiemu nie zabiera. Współistnieją ze sobą, nie szkodząc jedne drugiemu. Wspierają się wzajemnie, przy mocniejszych podmuchach wiatru. A gdy ten zawieje mocno, nie walczą, lecz poddając się mu, pozwalają mu poruszać gałęzie swe w stronę, w którą zmierza, chroniąc je przed złamaniem.

Korzenie ich nieustannie czerpią wodę i niezbędne składniki do życia, które są rozprowadzane aż do ostatniego listka na najwyższej gałęzi. Wdychają dwutlenek węgla, który wydycham, oddając mi w zamian tlen, którym mogę oddychać. Współzależymy więc od siebie i żeby żyć, musimy współistnieć ze sobą wzajemnie.

Targa wiatr trzcinami rosnącymi nad wzdłuż rzeczki. One również z wdziękiem mu się poddają, uginając w kierunku, w którym wieje. Także samotny wrzos na polu nad drugim brzegiem nie walczy z wiatrem, lecz poddaje się jego mocy, by ten go nie złamał. Jego kwiaty czekają na pszczółki, które je zapylą i zbiorą życiodajny nektar.

Ptaki latają nad polem szukając pokarmu. Niektóre odpoczywają na ziemi lub wodzie, zbierając siły do dalszych lotów. I one powstały z małego nasionka, które w cudownym akcie seksualnym połączyło się z drugą komórką. Tak więc na początku był seks, a nie słowo… Wielki wybuch musiał być jedynie odgłosem wielkiego wytrysku…

Chmury leniwie przemieszczają się po niebie. Powstałe z jakiejś odległej rzeki, jeziora lub morza, zmierzają w nieznane sobie miejsce, które potrzebuje nawodnienia. I one także rodzą się i wzrastają aż umrą docierając tam ostatecznie tam, skąd przybyły. Lecz wkrótce narodzą się nowe chmury.

Słońce ogrzewa świat cały swym ciepłem i karmi wszystkie żywe istoty swą promienną energią. I ono za jakieś czas skryje się za horyzontem. Ustąpi miejsca nocy i ciemności, by jedne istoty mogły odpocząć, a drugie rozpocząć swój etap żywota. Wszak jednak wróci nad ranem, by zacząć cały cykl od początku.

Każde stworzenie pełne jest Życia! Pełne radości! Pełne miłości!

Życie! Ileż zrozumienia możesz mi dać, pozwalając obserwować cię jak pracujesz! Ty tworzysz nowe istoty nieustannie! Ty pozwalasz wzrastać im aż do ich kresu! Lecz później rodzą się nowe, tak samo unikalne i niepowtarzalne jak poprzednie!

O, Życie! Jakie to cudowne, żeś i mi dało szansę, bym mógł się narodzić i wzrastać na twej cudownej, żyjącej planecie! W środku twego żyjącego, potężnego Wszechświata!

Niechaj moje poddanie się twym prawom i ponowne z tobą zjednoczenie będzie wyrazem wdzięczności za ten cud narodzin i egzystencji!

Święty seks

Siedzę na otwartym polu. Dookoła mnie trawy, łąki i pastwiska. Przede mną mała rzeczka przecina krajobraz. Słońce ogrzewa krainę i dostarcza życiodajnego ciepła oraz energii.

Obserwuję życie dookoła. Życie nieustannie będące w ruchu. Życie piękne, nie znające zastoju. Wzbudza życie wszystkie istoty do twórczej kreacji.

Dwa motyle tańczą swój taniec godowy przy samotnym krzaku.

Ważki dwie złączyły się nad wodą.

Na pastwisku byk wszedł na krowę, złączeni zostali potężną siłą.

Dalej owca z baranem zostali owładnięci najpotężniejszą energią Wszechświata.

Obok mnie pszczoły zapylają kwiaty, zbierając jednocześnie nektar. Czyż nie jest to piękny akt seksualny przyrody?

Wszędzie życie wzywa do seksu! „Nie odpoczywaj! – mówi. – Twórz nowe życie! Dołącz do dzieła kreacji!”

Widzę w oddali zbliżającą się dziewczynę. Ubrana w luźną, białą sukienkę zbliża się do rzeczki. I ją życie musiało przynieść w to miejsce pod pozorem kąpieli.

I ona mnie dostrzegła. Mrugnęła okiem i zdjęła sukienkę. Naga zanurzyła się w wodzie, wypłynęła po chwili i spojrzała zalotnie.

O, seksie! Jakże ty potężną siłą jesteś! Jakże nieokiełznaną! Dla zwierząt tyś tylko siłą płodną, człowiekowi zaś dodatkowo mnóstwo przyjemności dajesz! Czym ten zaszczyt zawdzięczamy?

Seksie! Owocem jesteś pożądania! Bez ciebie żadne życie począć się nie może!

Seksie! Ty początkiem nowego życia zawsze jesteś! Tyś mostem jest pomiędzy dwoma ciałami! Ty łączysz dwie energie – męską i żeńską, by nowe życie wykreowały!

Seksie! Jesteś mostem między pożądaniem a miłością! Ty transformujesz pożądanie w miłość, by każde życie mogło się z tą najwyższą boginią zjednoczyć!

Seksie! Ty jesteś mostem, który prowadzi do nadświadomości!

Jakże więc to się stało, że potępiony zostałeś? Jak to się stało, że zrzucono cię z boskiego ołtarza i tak potwornie cię splugawiono? Któż tego dokonał? Cóż to był za barbarzyńca?

Czyżby twa siła tak bardzo przeraziła ludzkość? Czyżby energia łącząca yin z yang taki strach w sercach słabych i marnych zrodziła?

Kajdany zakazów więc na ciebie nałożyli myśląc, że okiełznać cię mogą! A wraz z tobą związali pożądanie i miłość! I szeregiem praw krzywdzących cię skrępowali!

Lecz jakie owoce zebrali?

Wyrosły owoce zatrute perwersją! Acz oni władzę dzięki temu na ludźmi zyskali! Czymże jednak jest władza, jeżeli życie już śmierć, siostrę swą nieodstępującą go ani o krok, już po władców wysyła?

Seksie! Dziś trzeba uwolnić cię z kajdanów! Zerwać trzeba twe łańcuchy! Zerwać je trzeba również z pożądania i miłości!

Wróć ,seksie, na swój boski ołtarz! Zasiądź na swym boskim tronie, którym jest most! Otwórz bramy swej świątyni! Wpuść boga i boginię!

Niechaj bóg i bogini przywrócą pożądanie, seks i miłość do jednej świątyni! Niechaj jedno wypływa z drugiego, wznosząc duchowość człowieka na stopień najwyższy!

Seksie! Niechaj zatrzęsą się w posadach świątynie wrogów twoich! Niechaj rozpadną się w pył wraz z ich twórcami!

Prowadź pożądanie do seksu! Seksie – prowadź do miłości! Do miłości, która jest najwyższą boginią!

 

 

 

Żebracy

Idę ulicą, spokojnie, obserwuję ludzi. Podchodzi do mnie człowiek w łachmanach. Prosi o kilka groszy na piwo. Daję mu je, bo uczciwie prosi.

Kawałek dalej w parku chłopak na kolanach, z kwiatami, żebrze o miłość dziewczynę.

Idę dalej. Z reklam sklepy, producenci i usługodawcy żebrzą o zainteresowanie się klienta ich biznesami.

Idę dalej. Na placu polityk żebrze o głosy wyborców, obiecując coraz to wspanialsze pomysły.

Idę.

Przed kościołem ksiądz żebrze o zainteresowanie się jego jedyną objawioną wiarą, strasząc piekłem, jeśli odmówię zainteresowania. Kawałek dalej to samo robi imam, a do drzwi czyjego domu już pukają Świadkowie Jehowy…

Przyspieszam kroku.

Na mijającym mnie autobusie ogłasza się agencja pracy. Żebrze o nowych pracowników. Inni pracodawcy żebrzą o nich w gazetach i internecie.

Mijam małe okienko. Stojąca za szybą prostytutka kusząco porusza swoimi majtkami i mruga zachęcająco powiekami.

Wychodzę od niej bardziej zadowolony niż po wizycie w kościele czy na wiecu politycznym. Jej świątynka jest najlepszym kościołem.

Przechodząc tunelem znani piosenkarze i DJ-e żebrzą z plakatów o moją obecność na koncercie. Ostatecznie trochę rozrywki nie zaszkodzi.

Na koncercie chłopacy żebrzą o uwagę dziewczyn zakładając maski macho i rozrywkowych clownów. Dziewczyny odpowiadają udając niedostępne. Maski, maski, wszędzie pełno żebraczych masek. Na koniec najwytrwalsze i najtrzeźwiejsze maski żebrzą o jeszcze jedną piosenkę.

Wracam do domu. Wchodzę na internet. Znów politycy żebrzą o głosy wyborców, dziennikarze o uwagę, królowie i cesarze o poparcie narodu, ludzie o lajki na Facebooku, biznesmeni o nowe biznesy, biedni o trochę więcej bogactw, bogaci o jeszcze większe bogactwa.

W pracy pracownicy żebrzą o podwyżki i lepsze warunki pracy, kierownicy o szacunek i autorytet, karierowicze o lepsze stanowiska, leniwcy o to, by ktoś wykonał za nich pracę, plotkarze o jak najwięcej szczegółów z afer i życia intymnego kolegów…

I nagle uświadamia sobie, że pisząc te słowa także żebrakiem jestem. Tak samo jak oni dołączam nieświadomie do grona wszechobecnych żebraków. Żebrzę o uwagę, o miłość, o wszystko…

Gdzie więc szukać prawdziwego bogacza? Gdzie szukać prawdziwego bogactwa, które zaspokoi wszystkie pragnienia? Czy pragnienia można zaspokoić? Czy można żyć bez żebractwa?

Chroniąc swą pierwotną istotę

Ledwo się urodziłem, ledwo z łona matki wyszedłem, ledwo świat cudowny ukazać mógł się moim oczom…

Byłem wtedy taki czysty, niezapisany, niewinny, złem ani dobrem nieskalany. Byłem taki niewiedzący, nieoceniający, ciekawy wszystkiego!

Ledwo łono matki opuściłem, a świat rzucił się na mnie, niczym wygłodniały wilk.

Chrzest… I już niewinność straciłem. Dobrem i złem obciążony zostałem; buntem pierwszych ludzi, którzy poznania, wiedzy zapragnęli; śmierć jakiegoś Żyda dwa tysiące lat temu dopisano mi do życiorysu. Dobrze, że obrzezania w tej religii nie praktykują…

Nie człowiekiem, lecz potężnej instytucji religijnej trybikiem zostałem. Wiarę mi narzucono… Wiarę, którą rodzicom moim ich rodzice narzucili, a dziadkom narzucili pradziadkowie, a pradziadkom pradziadkowie… Zaprawdę wiara to musi być prawdziwa!

Lecz oto konflikt pojawił się na horyzoncie. Konflikt odwieczny. Ojciec bowiem z rodzinnej wiary tradycji się wyłamał i głosicielem drugiej strony medalu został.

Wiara i niewiara w śmiertelnym starły się boju! Spokój domowego ogniska zakłócony został! A ja między nimi taki mały, niewinny w swej winie i winny w swej niewinności…

Ponieważ pierwotne me oczy absurd tego konfliktu dostrzegły! Bezmyślność i głupotę jego widziały oczy me.

Zbyt mały jednak byłem, zbyt niedojrzały, by między dorosłych wkroczyć i oczy im otworzyć. Wszak dzieckiem byłem, lecz to dorośli zachowywali się niedojrzale jak dzieci…

Zdezorientowana mała duszyczka zamknęła się więc na te społeczne absurdy. Kokonem niewidzialnym serce swe owinęła podświadomie. Kokonem niedojrzałego buntu zamknęła się na szaleństwo społeczeństwa.

Hartował i udoskonalał się ten pancerz w bojach nieustannych. Dom rodzinny, podwórko, przedszkole, szkoła stały się polami bitewnymi o przetrwanie tego niewinnego nasionka, które matka natura stworzyła przy pomocy rodziców.

Miała dusza swe Termopile, Stalingrady, Warszawy, Troje… Lecz niczym Scrat żołędzia nieustannie ratowała swe pierwotne nasionko z różnych niebezpieczeństw! Niczym fregata na rozszalałym oceanie odpierała fale społecznej głupoty i szaleństwa!

Ileż nerwów, ileż czasu, ileż potu i krwi, ileż słów, ileż ciszy, ile gniewu i nienawiści kosztowały ją te wojny!

Pancerz okazał się skuteczny. Twardy, a delikatny zarazem. Pękał wiele razy, lecz spawał swe blizny nieustannie.

Nasionko przetrwało wszystkie burze. Gotowe jest, by wzrastać. Gotowej by się rozwijać.

Niepowtarzalne! Unikatowe!

Przybądź bogini! Przybądź bogini ogrodniczko! Udepcz glebę! Podlej miłością z konewki niewyczerpanej!

Niechaj nasionko wzrasta! Niechaj się rozwija! Niechaj transformuje się w prawdziwą swą istotę! Pierwotną, niewinną istotę zjednoczoną z prawdziwą, niewinną naturą Wszechświata!

Szukając człowieka

Wyjechałem z kraju mojego.

Pielgrzymkę świętą zacząłem.

Cel jej wydawał mi się jasny.

A jednak z lękiem błądziłem.

Błądziłem, „boga” szukając.

Lecz jak można znaleźć kogoś, kogo nie ma?

Błądziłem, pozycji lepszej szukając.

Lecz pozycja złudzeniem jest największym.

Ludzie otaczają mnie wszędzie.

Może więc poszukałbym człowieka?

Zagłębiam się więc w tłum i szukam.

Szukam, obserwuję.

I widzę ludzi różnych kultur, narodowości, zawodów, ras…

Widzę Polaków, Holendrów, Anglików, Surinamczyków, Greków…

Widzę katolików, protestantów, judaistów, muzułmanów, ateistów…

Widzę kierowników, biznesmenów, lekarzy, rybaków, robotników…

Widzę liberałów, prawicowców, lewicowców, nihilistów uśpionych…

Widzę Białych, Murzynów, Azjatów…

Nie widzę jednak nikogo kto identyfikowałby się po prostu jako człowiek…

Gdzie więc jest człowiek?

Gdzie jest człowiek zwyczajny?

Gdzie jest człowiek prosty?

A może błądzę znowu?

Może w tłumach człowiek nie występuje?

Może w tłumach człowiek nie jest człowiekiem?

Może w tłumach człowiek nie potrafi sam się odnaleźć?

Może gdzie indziej szukać muszę?

Szukam na zewnątrz, a nie myślę, by zajrzeć wewnątrz!

Może wewnątrz siebie muszę najpierw poszukać człowieka?

A może go tam jeszcze nie ma?

Może muszę dopiero się transformować wewnętrznie, by człowieka w sobie odnaleźć?